Większość ludzi nie poznałaby dobrej muzyki nawet gdyby podeszła ona do nich i ugryzła ich w dupę.
To nie przypadek, że tu na wstępie znalazła się ta jedna z moich ulubionych, ironicznych fraz Franka Zappy, bowiem doskonale oddaje ona moje własne przemyślenia i obserwacje z kręgu muzyki opisane pod oldskulowym hasłem SWINGING 60's. W ogóle te inteligentne frazy tego freaka złotoustego, artysty totalnego, który swoją sztuką przełamywał bariery w myśleniu o muzyce i jej granicach otwierają jakby całą przestrzeń do refleksji nad istotą tego kosmicznego medium jakim jest muzyka. Pewnie nie ma to specjalnego znaczenia czy artysta myślał tu o muzyce abstrakcyjnie czy może o jakimś określonym w czasie spektrum dźwiękowym (np. gdzieś pomiędzy renesansowym Palestriną, a XX-wieczną awangardą Stockhausena czy Reicha). Czy raczej o szeroko pojętej muzyce rozrywkowej z kręgu amerykańskiej popkultury (jak wiadomo artystyczna twórczość Zappy była znacznej mierze satyrą na tą popkulturę).
Ale mnie ta jego bezceremonialna fraza prowokuje również do refleksji na temat naszej, rodzimej popkultury i niestety, dobrze opisuje polskie, wielomilionowe audytorium, ogół tych przeciętnych uczestników popkultury, w tym młodsze pokolenia, które już w ogóle nie identyfikują się z muzyką. To tylko pokazuje, jak szalenie zmienił się świat przez te pół wieku, od czasów mojej zamierzchłej młodości w latach 60.ubiegłego stulecia, kiedy to właśnie muzyka była wyrazem pokoleniowej tożsamości (to była nasza muzyka).
Ta wypowiedź od-autorska wprowadza jakby w krąg moich przemyśleń i obserwacji około-muzycznych, które w pełniejszej formie przedstawiłem w dwóch pracach zgłoszonych do Ogólnopolskiego Konkursu "Wspomnienia Miłośników Rock&rolla" organizowanego przez Fundację Sopockie Korzenie:
Ten jedyny w kraju oldskulowy konkurs muzyczny stał się inspiracją dla sentymentalnych tripów w głąb pamięci, a jak wiadomo to muzyka ze wszystkich mediów posiada największą moc ożywiania emocji z przeszłości.
Dawno temu w ... analogu
Jakkolwiek banalnie to zabrzmi - muzyka jest tym medium, które stało się częścią mojego DNA, jak dla wielu rówieśników z pokolenia rock&rolla, tej pierwszej powojennej generacji wyżu demograficznego ("baby boomers"), dla której stał się on wyrazem pokoleniowej tożsamości. I chyba bez przesady można powiedzieć, że jest to pokolenie szczęściarzy, co mieli farta urodzić się w czasie prawdziwego fermentu twórczego II połowy lat 40. XX wieku - u źródeł rock&rolla i jazzu nowoczesnego, action painting i happeningu i jeszcze awangardowego ruchu beat generation. To wówczas powstawały te źródłowe dla światowego rock&rolla utwory w stylu boogie-woogie i jump blues - od "Hey! Ba-Ba-Re-Bop" Lionela Hamptona czy "Choo'Choo'Ch'boogie" Louisa Jordana - aż po "The Fat Man" Fatsa Domino, pierwszą rock&rollową płytę w historii. To było znakomite swingowe granie z tymi ekspresyjnymi solami saksofonowymi i jestem pewien, że już wówczas zostałem jakoś muzycznie naznaczony i ten wrodzony , genetyczny s w i n g i swingowe poczucie czasu zostały mi na całe życie. W tym czasie znany też już był ten standard B.Troupa "(Get Your Kiks On) Route 66" napisany dla jednego z moich ulubionych potem croonerów - Nat King Cole a, wykonywany też przez artystów rock&rollowych.
To moje pokolenie miało też i ten przywilej, że muzycznie (i artystycznie) dojrzewaliśmy w Szalonych Latach Sześćdziesiątych, najważniejszej i najciekawszej dekadzie całego XX stulecia, zarówno w przestrzeni politycznej (Zatoka Świń, śmierć Kennedych, Wietnam, lot na Księżyc i in.), jak i w sferze popkultury, gdy wybuchł cały ten rock&rollowy płomień. Był to czas narodzin legend wielkich gwiazd muzyki młodzieżowej po obu stronach Atlantyku i kultowego Radia Luxembourg, czas rewolucji obyczajowej, seksualnej, modowej, hipisowskiej kontrkultury etc. Warto jeszcze dodać, że była to dekada arcydzielnych wydarzeń w kinie (Fellini, Antonioni, Visconti, Nowa Fala, Polański/Komeda i in.), teatrze (Grotowski, Kantor, Szajna in.), sztukach plastycznych (op-art, pop-art), literaturze ("Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa, "Sto lat samotności" Marqueza). Jak większość rówieśników zostałem wówczas (1961) "ukąszony" Elvisem ("I Got Stung"), przy czym dla mnie to było ukąszenie podwójne: rock&rollem i jazzem jednocześnie i tą muzyczną podwójność noszę w sobie do dzisiaj. To jakby taka moja organiczna symetria idiomów, można by powiedzieć, że jestem zbudowany zarówno z tych starych rock&rollowych klasyków w rodzaju "Sweet Little Sixteen" Ch.Berry'ego jak i z cudownych standardów jazzowych, jak "Naima" J.Coltrane'a.
Idąc dalej na skróty - mój bezwiedny rozbrat z rock&rollem lat 60. trwał całe trzy kolejne, długie dekady (lata 70./80./90.). Czasy studenckie i długo potem wypełnione były jazzem (regularne eskapady na festiwale Jazz Jamboree i koncerty światowych gigantów), w czasie których, wraz z moim odwiecznym przyjacielem Gwizdem porno-oceanografem staliśmy się w końcu prawdziwymi "starymi psami jazzowymi".
Czas znaleziony
Mój powrót do rock&rolla i jego drugie "ukąszenie" były całkowicie nieoczekiwane, a stało się to po...40 prawie latach (!), w czasie moich podróży do USA (2001/2004), na Dziki Zachód, szlakiem słynnych bitników z kultowej powieści J.Kerouaca "W drodze"i dawnej, legendarnej drogi Route 66, która też weszła do historii rock&rolla (śpiewali o niej Ch.Berry, Rolling Stonesi i in.). To wówczas, w pięknych okolicznościach przyrody indiańsko-meksykańskiej Sierra Visty w Arizonie - z miejscowej radiostacji Oldies 101.7 FM, nadającej non stop 24h na dobę "golden oldies" z lat 50.,60.i 70. ("we're playing music you remember best") popłynął dla mnie ten stary, dobry kanoniczny rock&roll (Elvis, Little Richard, Ch.Berry, W.Jackson, B.Haley i in.). To był prawdziwy odlot do tamtych odległych, szkolnych lat 60., jakieś nagłe olśnienie, rock&rollowa epifania. I było to też dla mnie doświadczenie jeszcze bardziej nieoczekiwane i inspirujące od zderzenia z całą tą barwną legendą Indian i Dzikiego Zachodu. I jeszcze raz z całą mocą potwierdziła się ta znana prawda, że to muzyka posiada największą moc ożywiania emocji z przeszłości. Z pewnym dystansem i dozą autoironii mogę całe to moje "rytualne" nawrócenie na rock&roll spuentować starym, Dylanowskim refrenem z "My Back Pages" (1964):
"Ah, but I was so much older then
I m younger than that now"
(byłem wtedy znacznie starszy,
teraz jestem młodszy, niż dawniej).
Z innej perspektywy był to też dla mnie "czas znaleziony", a wraz z nim "dźwięki znalezione" (coś, jak te dawne surrealistyczne "objets trouves" - przedmioty znalezione ze sztuki XX wieku), które pozostają prawdziwym soundtrackiem do mojej młodości ("sweet sixties"). Pewnie moi rówieśnicy z pokolenia rock&rolla mają podobne muzyczne doświadczenia i jakieś swoje analogowe dźwięki znalezione przechowywane gdzieś w muzycznych szufladach pamięci... Dla odmiany swoje oldskulowe szafy otwierają Rolling Stonesi w związku z ich zapowiadaną na rok 2016 globalną, objazdową wystawą "Ekshibicjonizm", która ma być fascynującą, interaktywną podróżą przez ich artystyczną twórczość.
Te szafy, szuflady..., jakoś intuicyjnie przypominają mi się owe "92 walizki Tulse Lupera" z multimedialnego projektu brytyjskiego postmodernisty Petera Greenawaya, w których umieścił on obiekty charakterystyczne dla historii XX wieku. Wydaje się, że wśród nich - obok różnych map, rękopisów czy watykańskiej pornografii mogłyby się też znaleźć obiekty czy zjawiska muzyczne z kręgu światowej popkultury, które poruszały wyobraźnię milionów ludzi na kuli ziemskiej (np. beatlemania, rock&rollowy cyrk Rolling Stonesów i in.)
Nic dziwnego, że się nie kołyszecie, znacie tylko rocka, a rolla już nie - śmieje się z Beatlesów Keith Richards w swojej znakomitej autobiografii "Życie". Ta ironiczna fraza słynnego Stonesa nie tylko odróżnia obie te formy muzyczne i dotyka istoty samego rock&rolla. Skłania mnie także do głębszej refleksji na temat całego tego bałaganu mentalnego wokół pojęcia "rock&roll", który wkomponowany jest w obszar polskiej popkultury muzycznej pełnej rozmaitych przekłamań i nieporozumień.
Otóż jest dla mnie kwestią całkowicie zdumiewającą (by nie użyć tu mocniejszego określenia), że coraz powszechniej, całkiem legalnie i bezceremonialnie m u z y k ą nazywa się również całe tony tandetnych "wyrobów piosenkopodobnych", które należałoby raczej wrzucić do sfery "acoustic polution" (zanieczyszczenia środowiska), zaś wykonujące je w przestrzeni publicznej miernoty nazywane są notorycznie "gwiazdami". W tym kręgu mieści się też ten polski, siermiężny, grafomański paździerz zwany disco polo - jako świadectwo triumfu chodnikowego gustu polskiej publiczności. Jak wiadomo, o gustach się u nas nie dyskutuje, choć powinny być one od najmłodszych lat kształtowane, ale to już całkiem osobna kwestia zarżniętej polskiej edukacji, w efekcie czego ten kraj zapełniają tabuny muzycznych analfabetów.
Niestety, w całej tej farsie, jakby bezwolnie biorą udział zarówno mainstreamowe media, ludzie z branży muzycznej (krytycy, publicyści, dziennikarze) jak i sami artyści i cały ten polski tzw. showbiznes, trafnie określony przez Tymona Tymańskiego "polskim gównem". Do tego jeszcze rozpleniły się w przestrzeni publicznej te językowe koszmarki w rodzaju "muza", "wykon" itp., którymi z upodobaniem posługują się też jurorzy popularnych programów telewizyjnych (Voice of Poland, Must be the Music i in.) uchodzące za muzyczne autorytety (!). No masakra jakaś, wszystko to zdaje się być o jakieś lata świetlne od analogowych czasów mojej młodości, gdy muzyka była prawdziwą m a g i ą , wywoływała prawdziwe emocje, była do s ł u c h a n i a , a nie do k o n s u m o w a n i a jak w dzisiejszej rzeczywistości, w erze nowych mediów, nowych sposobów dystrybucji muzyki, serwisów streamingowych etc. W efekcie mamy ubóstwo kultury i standardów słuchania, zepsucie wrażliwości akustycznej całego pokolenia. Jednak cała ta legendarna muzyka rozrywkowa "złotej ery" (1955-75), w tym ten stary, dobry rock&roll miały inny zapach, groove, feeling i wielką inwencję melodyczną oraz sprawiały, że ludzie czuli się szczęśliwi...
Muszę wyznać, że z tymi swoimi refleksjami z kręgu naszej popkultury nie czuję się zbyt komfortowo, w dodatku moją szczególną irytację powoduje cały ten bałagan mentalny wokół pojęcia "rock&roll". Warto tu przypomnieć, że jego źródła sięgają głębokiego PRL-u, końca lat 50.,gdy ta nowa muzyka nazywana była u nas "mocnym uderzeniem" (F.Walicki) lub częściej big-beatem. Na temat całej tej "big-beatowej zarazy" wylano wówczas tony grafomańskich wypocin różnej maści żurnalistów, mylących bezwiednie rock&roll ze wszystkim, z czym się dało, z jazzem czy innymi rodzajami muzyki rozrywkowej. Tylko nieliczni publicyści muzyczni (R.Waschko, S.Kisielewski, W.Panek i in.) próbowali bardziej fachowo opisywać, o co w tej nowej muzyce chodzi.
Tak było..., niestety to pomieszanie pojęć trwa do dzisiaj, nikogo to nie interesuje i nikomu to nie przeszkadza, może poza "kręgiem wtajemniczonych" czy takich jak ja "nawróconych" na rock&roll. Zapewne jest w nim jakaś szczególna magia czy emocjonalna moc, skoro tak często wybrzmiewa on w dowolnych okolicznościach przestrzeni publicznej, gdy np. podczas koncertu rockowego ktoś wykrzykuje: ROCK&ROLL!!! (czyli "zajebiście jest") lub w studiu TV różnej maści celebryci podbijają swoje ego frazą: "to jest rock&roll" (czyli "to jest to", "to jest ten look"). Dobrze jest też mieć rock&rolla w tytule książki czy spektaklu teatralnego - jako taki współczesny fetysz lub jakiś rodzaj dopalacza.
Czasami myślę, co to kurwa w ogóle jest, te wszystkie rock&rollowe zaklęcia wielokrotnego użytku? I do tego jeszcze cała ta sfera zmitologizowanego, rock&rollowego etosu, stylu życia, gdy to posthipisowskie hasło "sex, drugs & rock&roll" odmieniane jest na wszystkie możliwe sposoby w licznych wypowiedziach czy publikacjach oraz przez samych muzyków. Wystarczy jakaś mocna przygoda w branży, skóra i trochę luzu i jest fun, można się w blasku świateł mienić rock&rollowcem. OK., tyle, że ta mitologia własna, te stereotypy i klisze popkulturowe z samą muzyką mają niewiele wspólnego, nikt u nas rock&rolla nie gra, choć nazywa się nim dowolne produkcje rockowe.
O ile nie dziwi, że dla wszechobecnego, pospolitego polskiego kołtuna (jakieś 90% muzycznego audytorium) takie pojęcia definiujące rock&roll, jak: swing, riff czy groove to tylko jakieś abstrakcyjne, puste słowa, o tyle zdziwienie budzić musi ignorancja ludzi z branży muzycznej, klerków z jakimś intelektualnym backgroundem, którzy bezwiednie, na jednym oddechu mieszają rock&rolla z dowolnymi formami muzyki rockowej, tak, jakby wcześniej nie wykształcił się ten idiom muzyczny. Chyba warto tu przywołać artystę, który zdefiniował brzmienie rock&rolla, o którym John Lennon mówił: gdybyście kiedyś chcieli wymyśleć nową nazwę na rock&rolla, to jest jedna, która ją zastąpi: Chuck Berry. I jeszcze Keith Richards: piękne w grze Chucka było to, że miał taki niewymagający wysiłku swing (...), po prostu czysty swing, jak lew.
I nie chodzi tu o jakąś wielką adorację tej muzyki, tylko o trochę higieny językowej, mentalnej, może też o to, by nasi znani i zasłużeni dziennikarze muzyczni (co skądinąd zabawne), przestali wymawiać na antenie radiowej: "teraz będzie rockentroll, proszę państwa". Jako rówieśnik rock&rolla, dla którego był on autentycznym przeżyciem pokoleniowym odnoszę coraz częściej wrażenie, że cały ten wokół niego bałagan odbiera mu jego pierwotną moc i magię, prowadząc w końcu do jakiejś dekonstrukcji pojęcia i mitu tej legendarnej muzyki.
Może niech puentą tu będzie jeszcze jedno, krótkie, bezpretensjonalne zawołanie K.Richardsa z jego "Życia": to rock&roll, spierdalajcie!

Przypominając tu na koniec tę znaną, inspirującą skądinąd frazę Zappy, że "pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze" muszę wyznać, że dla mnie jest to jakaś forma autoterapii, rytualny taniec w głąb pamięci...
Tak już jest, że w pewnym wieku szału nie ma, więcej mamy p r z e s z ł o ś c i niż przyszłości i ta perspektywa istotnie zmienia postrzeganie czasu w ogóle. Pewnie z tym też związany jest cały ten sentymentalny bagaż wspomnień, które mają czasami ów magiczny zapach starych, analogowych, powracających właśnie do życia winyli i jak te czarne krążki warto je pielęgnować. I starać się jakoś zachowywać ten rock&rollowy SMS (autorstwa A.Poniedzielskiego)- ten Stan Młodości Stabilnej (vide: Rolling Stones), dzięki któremu całkiem znośna staje się lekkość bytu i te nostalgiczne tripy do zamierzchłych czasów młodości. Tak się składa, że należę do szczęściarzy, do których ta "młodość przychodzi z wiekiem" (Manoel da Oliveira). I pali się muzyczny ogień...
sygnowano:
Grzegorz Szczepłocki
