SANTANA LUMINOSITY TOUR
Dolina Charlotty, 8 lipca 2016
Na przestrzeni ostatnich trzech lat był to już trzeci koncert charyzmatycznego artysty w magicznej Dolinie Charlotty k/Słupska, tym razem w ramach jubileuszowej, 10.edycji Festiwalu Legend Rocka.
"Charlotta to mój nowy dom" - warto tu przywołać najpierw to zaskakujące wyznanie Santany z pierwszego koncertu (2013), powracające potem podczas kolejnych festiwalowych koncertów, które stało się też prawdziwym newsem we wszystkich relacjach medialnych. Carlos był wówczas autentycznie urzeczony tym m i e j s c e m , jego naturalną scenerią, atmosferą i publicznością, mówił, że "wszyscy tu jesteśmy jedną rodziną, braćmi i siostrami, że świat powinien wyglądać tak, jak Dolina Charlotty" (jakby dalekie echo haseł z legendarnego festiwalu Woodstock'69, gdzie zaczynała się światowa kariera artysty). W programie tamtego, 2,5 godz. koncertu znalazły się m.in. te najbardziej oczekiwane przez festiwalową publiczność wielkie przeboje z lat 70. i 90., które wypełniają zresztą wszystkie koncerty Santany. Moje zaś oczekiwania (spełnione) związane były z obecnością w składzie zespołu Benny'ego Rietvelda, znakomitego gitarzysty basowego, którego zapamiętałem z drugiego, warszawskiego koncertu Milesa Davisa (1988). Nieoczekiwanym natomiast, całkowicie zaskakującym dla wszystkich momentem było wówczas uroczyste przekazanie przez Santanę na scenie jednej ze swoich gitar wzruszonemu organizatorowi festiwalu - Mirosławowi Wawrowskiemu, co stało się też pięknym początkiem ich przyjaźni. I jeszcze ta nieoczekiwana burza i siarczysty deszcz w finale koncertu, co artysta spuentował słowami: "Dziękuję wam, dziękuję Bogu za deszcz, będzie więcej kwiatów".
W historii tego festiwalu rockowych legend bywało już deszczowo, co zresztą nie miało istotnego wpływu na wrażenia artystyczne, z pewnością jednak to dopiero latynoska muzyka Santany, cudownie połączona przez niego dla świata z rockowym idiomem po raz pierwszy rozkołysała 10-tysięczny amfiteatr Charlotty, wprowadzając nową, ludyczną jakość do festiwalowej przestrzeni. Te współczesne, niezwykle energetyczne koncerty Carlosa Santany dzieli prawdziwa przepaść we wszystkich planach (muzycznym, widowiskowym, medialnym etc.), jeśli przywołać ten bodaj pierwszy w Polsce koncert artysty na warszawskim Torwarze (1994), z którego najbardziej pamiętam cover Concierto de Aranjuez Joaquina Rodrigo.
Duch Coltrane'a w Dolinie Charlotty. Jeszcze bardziej energetyczny i tanecznie porywający był ten ubiegłoroczny koncert Santany z udziałem 11-osobowego bandu wzbogaconego o sekcję dętą. Carlos powrócił w znakomitej formie ("młodość przychodzi z wiekiem" - Manoel de Oliveira) i ponownie z festiwalowej sceny wybrzmiała jego nośna "domowa" fraza owacyjnie przyjęta przez 12-tysięczną publiczność. Ten koncert obfitował też w zaskakujące często (coś jakby "icing on the cake") cytaty muzyczne, m.in. Summertime Gershwina w utworze Chill Out (This Gonna Change Johna Lee Hookera, a także covery, m.in. Tequila The Champs. I ten najważniejszy - A Love Supreme, uduchowione arcydzieło Johna Coltrane'a sprzed pół wieku. Mam wrażenie, że jest jakaś mądrość w tych koncertach Santany i też tytułowa "jasność" - w trakcie słuchania tego wyjątkowego utworu nieoczekiwanie wróciły wspomnienia z wczesnych, studenckich lat 70. pachnących jazzowymi winylami. Obok płyt Weather Report, Return to Forever czy Mahavishnu Orchestra była też "Love Devotion Surrender" (1973), sygnowana przez Santanę i McLaughlina, hołd dla Coltrane'a z jego kompozycjami (A Love Supreme i moją ulubioną Naimą). To była prawdziwa gitarowa wirtuozeria, niezwykła intensywność improwizacji obu muzyków, ich wokale i organy Larry Younga, rozbudowana sekcja rytmiczna (Cobham, Hammer, Don Alias i in.) i te oszałamiające tempa, można było odlecieć bez marihuany... A Love Supreme - utwór znajdujący się w programie większości koncertów Santany wybrzmiał teraz także w Dolinie Charlotty wraz z podjętym przez niego duchowym przesłaniem Trane'a ("W każdym człowieku są dwie rzeczy: light and love, trzeba je powtarzać jak mantrę i w sobie pielęgnować(...). To jest nasz wybór jak będziemy żyli i jak nas będą postrzegali inni".
Singin' in the Rain. Ten trzeci, tegoroczny koncert w wypełnionym po brzegi amfiteatrze Charlotty (mimo zapowiadanej deszczowej aury) zaczęli tradycyjnie od Soul Sacrifice (kompozycja Santany z zamierzchłych czasów Woodstocku'69). "Witam w tę hawajską pogodę" zawołał ze sceny Carlos ubrany na początku koncertu w czarną, przeciwdeszczową kurtkę. Potem była już tylko moc i pozytywne wibracje, na festiwalowej scenie - w super nagłośnionej, rozbudowanej sekcji rytmicznej, pomiędzy dwoma zestawami instrumentów perkusyjnych (P. Mejias, C. Perazzo) centralne bębny Cindy Blackman - żony Carlosa, znakomitej perkusistki jazz-rockowej. To ona, swoją niezwykle ekspresyjną, efektowną grą przykuwała od początku uwagę i wraz z potężnym basem Rietvelda i klawiszowym instrumentarium Davida K. Mathewsa tworzyli rytmiczno-harmoniczną bazę dla całej akcji koncertowej. I jak zawsze wyluzowany, charyzmatyczny lider, przy którym opisywanie cudownego, niepowtarzalnego tonu i brzmienia jego gitar, frazowania, feelingu i naturalnej skłonności do muzycznych cytatów wydaje się całkiem banalne. Program tego 2,5 godz. koncertu tradycyjnie wypełniły wielkie hity z albumów: "Santana" (Jingo, Evil Ways), "Abraxas" (Black Magic Woman, Oye Como Va, Hope You're Feeling Better i Samba Pa Ti, której na wielkich ekranach towarzyszyła osobliwa projekcja rzeźbionych postaci anielskich i przyziemnych kloszardów) oraz z albumu "Supernatural" (Maria Maria, Smooth). Podczas przebojowego Corazon Espinado obaj żywiołowi wokaliści - Andy Vargas i Ray Greene (także efektowne partie na puzonie) wciągnęli festiwalową publiczność do wspólnego śpiewania "jak boli miłość". I jeszcze coltrane'owskie A Love Supreme" - jako duchowy kontrapunkt do tej przebojowej, ludycznej części programu (i bardziej chyba jednak dla wtajemniczonych), przy którym w stronę amfiteatralnej publiczności, uzbrojonej w ekrany telefonów popłynęły rytualne już, uniwersalne słowa Carlosa o miłości, co pokona strach i jeszcze ta bardziej współczesna, mądra fraza: "wyłączcie telewizory i zobaczcie piękno". Nie mogło też zabraknąć muzycznych cytatów, m.in. meksykańskiego Besame mucho czy beatlesowskich tematów: Eleanor Rigby i While My Guitar Gently Weeps w finałowym, swingującym boogie.
Zabrakło natomiast zapowiadanego, oczekiwanego momentu uroczystego rozpoczęcia budowy domu poświęconego twórczości Carlosa Santany, co byłoby dopełnieniem profetycznej frazy artysty, wygłoszonej podczas pierwszego koncertu (2013) wobec 10-tys. publiczności. Pozostaje wierzyć, że projekt "Santana House of Memories" (póki co strona na FB) zostanie szczęśliwie zrealizowany pośród bukowych lasów Doliny Charlotty. Być może też będzie ona inspiracją i Carlos skomponuje tam kiedyś jakąś nową Flor de Luna czy inną El Farol - kawałki bezczelnie piękne, o których Dylan (dał w Charlotcie znakomity koncert w 2014) powiedziałby, że "są jak dzikie psy".
Grzegorz Szczepłocki
